Tutaj możecie przeczytać zapis z nagrania na naszym podcaście o takim samym tytule.
Opowiada p. Waldemar Szendera.
Część IV Świątecznych opowieści. – Jak to tradycyjny pusty talerz znalazł swojego wędrowca, czyli opowieść o Edwardzie Pelce.
A posłuchać możecie na podcaście.

Jest też tako rzecz, że zostwio się przy wigilijnym stole jeden talerz dla wędrowca.
Wyobraźcie sobie, że przeżuli my coś takiego i bardzo nam ta sytuacja odpowiadała, bo w jakiś sposób sprawdziła naszą wiarygodność, czy są my w stanie zrobić coś takiego czy nie.

Mianowicie w Suszcu przez lata miyszkoł taki człowiek, nazywoł sie Edward Pelka wszyscy znali go pod przezwiskiem Bubik, bubik to znaczy po niemiecku chłopak. Człowiek ten był bardzo tajemniczy, z nikim nie zawiązywał bliższych znajomości, miyszkoł w lesie, ale widziany był nie tylko u nos ale znają go ludzie z Kobielic, Radostowic, Zawiści, z Kobióra, Zazgonia, w różnej części Suszca, jego bycie w okolicy nie wiązało się z przywiązaniem do jednego miejsca.

Edward Pelka pochodził z Gierałtowic w Suszcu pojawił się w sposób nieoczekiwany na zakończenie II wojny światowej.
Człowiek, który nigdy nigdy ni mioł paszportu tego państwa, ni mioł dowodu osobistego, kontestowoł do końca życia rzeczywistość, w której się znod.
Artysta, malarz, jego obrazy wiszą w większości domów w Suszcu i nie tylko, bo w innych miejscowościach również. Obrazy różne, bo i portrety – był doskonałym portrecistą, potrafił fantastycznie uchwycić nastrój człowieka, którym się znajduje w momencie rysowania, ale również pejzażysta, był wstanie malować pejzaże, być może, kiedyś udo nom się zrobić taką sytuację, że pozbieromy te obrazy i zacznymy je pokazywać, albo zrobić taką wystawę wypożyczyć tego Bubika i pokazać go różnym ludziom i tę postać przypomnieć. Postać dla wielu osób zabawna, śmieszna, a tak naprawdę człowiek o bardzo głębokich, traumatycznych przeżyciach wojennych. Te przeżycia opowiadane przez niego, powodowały, że ludzie godali: „A pieprzisz, cyganisz, na pewno tak nie było”. Sytuacja oczywiście była bardzo prosto, lata życia Edwarda Pelki przypadły na czas II wojny światowej, szczególnie młodość. Został zatrudniony w fabryce w ERG-u w Knurowie mając 16-cie lat, tam również objawił się jego talent malarski. Dyrektor tej fabryki, niemiec, profesor akademii sztuk pięknych z berlina, powiedzioł „Edward jak się wojna skończy, jo Cię biera do berlina i tam się bydziesz uczył malować”. Jak się wojna skończyła wszyscy wiymy.
Edward mioł tam fory w tym ERG-u, w zasadzie nie robił, tylko malowoł cały czos, albo się uczył malarstwa, albo funkcjonowoł tak, żeby mu było dobrze.
Kończy się wojna i został wcielony do Volkssturmu i z tym Volkssturmem przewędrowoł aż do Drezna, pod Dreznem zostali schwytani przez rosjan. Rosjanie oczywiście nie brali jeńców – do rozstrzelania natychmiast. Ale znod się tam polski oficer i powiedzioł: „Panowie , to są Polscy chłopcy co wy to chcecie ich zastrzelić?” No i jakoś ci rosjanie uznali, że to są faktycznie Polscy, Śląscy chłopcy i w związku z tym ich nie rozstrzelali, ale nie wiem co było gorsze, kozali im się rozebrać i nago wypuścili.
Edwardowi się coś przestawiło, wszedł do lasu i z tego lasu do końca życia nie wyszedł. Las stał się jego głównym miejscem, który go chronił, gdzie czuł się bezpiecznie, gdzie nie miał lęków przed światem otaczającym.

Mogę to dziś powiedzieć po latach, natomiast nikt tego nie umiał zrozumieć, dlaczego on cały czasz w tym lesie przebywa.

I wyobraźcie sobie, że któregoś pięknego roku Edward się pojawił u nas na wigilii, zupełnie nieoczekiwanie, niespodziewanie przyszedł. „No wiesz prziszołech tu do Wos” – przyniósł jakiś malunek – „Chcesz go? Dom Ci to, mosz, mosz” – gdzieś tam jest ten obrazek do dzisiaj, który przyniósł. No oczywiście wtedy mogli my się sprawdzić, czy faktycznie ten talerz dla pielgrzyma, wędrowca może być wykorzystany.
Może być wykorzystany i musza Wam powiedzieć z radością, że przychodził on do nas przez następne lata, w zasadzie do końca życia na wigilię, zawsze my go traktowali jako nieoczekiwanego gościa, ale z biegiem czasu ten gość stał się stały.
Na koniec życia udało mi się dla niego zdobyć miejsce w odpowiednim domu starców w Gorzycach, gdzie miał doskonałe warunki do końca życia już jako pensjonariusz.

Tak, że wędrowcy się zdarzają i miejmy otwarte serca ponieważ, takie sytuacje i takie historie, które usłyszymy mogą nas trochę zmienić. Powiem Mnie, powiem Wam, ta historia Edwarda Pelki bardzo zmieniła, bo jo o Nim słyszoł, ale słyszoł o jakimś wariacie, który chodził o lesie, a nie o człowieku, który ma bardzo głęboką zadrę, ma bardzo głęboką ranę, która niestety nie zaleczyła się w ciągu osiemdziesięciu lat życia. To nie jest tak, że coś się może wyleczyć na zasadzie wyłączenia i tego nie ma.

Opowieści Edwarda Pelki jest wiele, jako dziecko będąc w Gierałtowicach, chodził pracować za granicę, pod Gliwice do miejscowości Szywałd – dzisio Bojków. Szywołdzianie – krążą całe legendy co to byli za ludzie – byli to ludzie z górnej Addygi, czyli z południowego Tyrolu, przeniesieni tu po utworzeniu państwa włoskiego, musieli opuścić część Tyrolu i przenieśli się na Śląsk, gdzie zostali przyjęci przez rząd pruski, jako osoby które były represjonowane we włoszech. Dano im duże gospodarstwa, podzielono wtedy dość duży majątek dla nich, żeby ten szywołd mógł powstać, a że mieli duże gospodarstwa, to potrzebowali ludzi do roboty, w związku z tym ludzie z Gierałtowic chodzili tam do nich pracować. I wyobraźcie sobie, że ludzie, chodzili tam pracować, ale zawsze nosili ze sobą swoje jedzenie – „Czemu?”  – Bo wiycie co! Oni nas tam częstują słonym kołoczym! – „Słonym kołoczym Was tam częstują?” „- No” , a co to jest słony kołocz? No pizza! Oni po prostu jedli pizza, tylko żodyn nie wiedzioł co to jest i kto to by na śląsku jadł słony kolocz.
– Musza to powiedzieć, czyli to jest prawdopodobnie początek pizzy w Polsce!
Tak. Na Śląsku pizza była znano. W okresie międzywojennym dość rozpowszechniono była w Szywołdzie i tam pizza była spożywano na co dzień, po prostu jako normalne jedzenie. Ci Szywołdzianie godali po niemiecku, ale nauczyli się polskiego, tak że byli to ludzie tacy bardzo otwarci, aczkolwiek bardzo często uznawani za łatwowiernych.

Kolejno tako anegdota, którą Edward zawsze opowiadał:
Ktoś Szywołdzianom powiedzioł, że mają źle ostawiony kościół, że stoi nie w tym miejscu kaj powinien, że powinni go bardziej do centrum wsi przeciągnąć. Jak to zrobić? Jak to zrobić? Słuchejcie weźcie sześć por koni i przeciągcie tyn kościół. Szywołdzianie opasali tyn kościół linom i ciągli tymi koniami. Oczywiście nie przeciągli. Prziszoł chłop z Gierałtowic taki Francek (jak czytom Szepana Twardocha, to mniej więcej taki model, bo on jest z Przyszowic z kolei, tam z drugiej strony)
– „Chłopy co wy to robicie?”
– „No jak to co? Kościół przeciągomy! Bo stoi w złym miejscu”.
– „No dobra i co nie umicie??
– „Patrz sześć por koni, najlepszych we wsi ciągnie i nie umi tego przeciągnąć”.
– „Słuchejcie, jo wom to przeciągna, bydzie was to kosztować skrzinka gorzołki, słuchejcie, żeby o wiedzieć że tyn kościół bydzie przeciągniynty ciepnijcie mi tam szaket, tam, tam, tam, widzicie jak te konie dojdom do tego szaketu, to znaczy że tyn kościół mocie przeciągniynty, a wy idźcie za tyn czos do szynku”.
No to Szywołdzianie poszli do szynku, tam se trochę tego, nabrali troszka animuszu po rozmownej wodzie, trocha im jeszcze rozum przitympioł. Oczywiście Gierałtowian wzion, przeciongnoł szakiet w odpowiednie miejsce i po godzie woło ich:
– „Chłopy, pućcie sam ino, udało się!”
– „No co?”
– „No patrzcie, jo już je przi tym szakecie!” 
Patrzom na tyn kościoł, no rychtyk przeciągniynty.

Tak, że opowieści o Szywołdzianach są niesamowite jest ich więcej, kiere oni gdzieś tam między sobą nawet rozpowiadali, jakąś pamięć przenosząc z tej górnej Addygi, południowego Tyrolu, tu na Śląsk.

Rewelacyjne miejsce, nie dziwia się w związku z tym Twardochowi, że mo tako fantazja, bo tamci ludzie, tako fantazja majom. To jest po prostu miejsce gdzie rodzą się ludzie z olbrzymim poczuciem przywiązania do ziemi, jak również z poczuciem wartości związanej z umiejętnością obserwacji świata.

Edward taki był, niestety już świętej pamięci już od wielu lat, natomiast to jest ten nasz wędrowiec, dzięki któremu moga w tej chwili pare takich historii, może nie do końca śmiesznych, przytoczyć z jego życia.
Tak, że ten talerz dla wędrowca jest jak najbardziej ważny, bo nigdy nie wiadomo co się usłyszy.