List na 22 grudnia: O kalendarzach, których nie było, i miłości, która jest
Droga Mamo,
Piszę do Ciebie w szczególnym dniu. Dziś jest 22 grudnia. Za oknem świat wiruje w ostatnim, przedświątecznym amoku, a ja siedzę w kuchni i patrzę na mojego synka, Juliana. Dziś kończy 23 miesiące. Prawie dwa lata. Kiedy to minęło?
Ten grudzień miał być inny. W mojej głowie widziałam idealny kalendarz adwentowy, codzienne zadania pełne magii, wspólnie wyklejane gwiazdy i dom pachnący piernikiem od pierwszego grudnia. Rzeczywistość? Kalendarz mi nie wyszedł. Zadania zostały w sferze planów, a magia… magia dzieje się gdzieś pomiędzy stosem prania a szybką kawą.
I wiesz co? Poczułam dziś dziwne ukłucie w sercu. Patrząc na Juliana, uświadomiłam sobie, że czasem jest mi po prostu żal. Żal, że nie znam go tak „centymetr po centymetrze”, jak znałam Kalinkę. Przy pierwszym dziecku czas był jak szeroka rzeka. Miałam przestrzeń, by godzinami studiować każdy grymas jej twarzy, każdą nową sylabę, każdą emocję. Przy drugim dziecku czas jest jak rwący potok. Julian dorasta w cieniu spraw do załatwienia, w rytmie przedszkola starszej siostry, w biegu.
Czasem mam wrażenie, że on po prostu „się dzieje”, a ja tylko próbuję nadążyć…
Ale dziś, w te jego 23. miesiące, zrozumiałam coś ważnego. Może nie znam każdego jego kroku tak drobiazgowo, jak u pierwszego dziecka, ale za to znamy się w innym wymiarze. Znamy się w hałasie, w chaosie, w dzieleniu uwagi.
Julian nie potrzebuje mojego idealnego kalendarza adwentowego. On potrzebuje mnie – takiej, która usiądzie z nim na podłodze 22 grudnia i zauważy, że jego dłonie są już takie duże.

O dwóch ogrodach i świetle, które nie gaśnie
Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy wyobraziłam sobie moją miłość nie jako punkt, ale jako krajobraz. Wyobraź sobie, że Twoja relacja z pierwszym dzieckiem była jak uprawianie pojedynczego, małego ogrodu na środku pustej polany. Miałaś cały dzień, by patrzeć, jak słońce przesuwa się nad jedną jedyną grządką. Znałaś każde pęknięcie na doniczce, wiedziałaś o każdej kropli rosy na liściu. Ten ogród miał Twoją wyłączność. Czułaś się jego częścią, bo nic innego nie odciągało Twojego wzroku od tego, jak powoli rozwija się każdy pączek.
A potem przyszedł czas na drugi ogród.Ten drugi ogród nie powstał obok, na nowej polanie. On wyrósł w tym samym miejscu, tuż obok pierwszego. Nagle słońce, które wcześniej oświetlało tylko jedną roślinę, musi teraz nakarmić obie. Twoje ręce, które wcześniej dopieszczały każdy listek Kalinki, teraz muszą w tym samym czasie wyrywać chwasty u Juliana, podlewać oba ogrody i jeszcze pilnować, by wzajemnie nie zabierały sobie cienia. To naturalne, że czujesz, iż nie znasz tego drugiego ogrodu „centymetr po centymetrze”. Nie dlatego, że jest mniej ważny. Po prostu Twoje oczy muszą teraz ogarnąć cały krajobraz, a nie tylko jeden kwiat.
Julian rośnie w innym świetle – w świetle „dzielonym”. On od początku uczy się, że moja miłość to nie jest nieruchomy reflektor, ale ciepły blask, który otula całą naszą rodzinę. Może nie liczę każdego jego nowego zęba z taką celebracją, jak u siostry, ale on za to od pierwszych dni widzi, jak ja kocham ją, a ona jego. On nie zna mojej miłości „w izolacji”, on zna ją w relacji. Prawda jest taka, że choć mam mniej czasu na badanie szczegółów, to moje serce stało się większym ogrodem.
Znajomość Juliana jest inna – jest bardziej instynktowna, bardziej „w locie”, ale przez to może nawet bardziej głęboka, bo oparta na czystym byciu, a nie na analizowaniu każdego etapu rozwoju.
Natura uczy nas, że każde drzewo w lesie rośnie inaczej. Jedno ma wokół siebie mnóstwo wolnej przestrzeni i słońca, inne musi piąć się w górę pomiędzy starszymi gałęziami. Ale oba są tak samo silne. Oba są tak samo potrzebne.
Jeśli Ty też czujesz dziś, że „nie dowiozłaś” magii grudnia, że Twój kalendarz świeci pustkami, albo że czas z drugim dzieckiem przecieka Ci przez palce – odpuść sobie. To ukłucie w sercu to nie dowód na Twoją porażkę, ale na Twoją wielką miłość. To znak, że chcesz dla nich wszystkiego, co najlepsze.
Dziś, zamiast nadrabiać zaległe zadania z kalendarza, po prostu „poznam” Juliana na nowo. Spojrzę mu w oczy i podziękuję, że wybrał właśnie naszą, czasem chaotyczną, ale pełną miłości rodzinę.
Zatrzymaj się ze mną na tę chwilę. 22 grudnia to dobry dzień, by przestać gonić za ideałem i zacząć cieszyć się tym, co mamy pod ręką.
Z czułością, Ela
