Tutaj możecie przeczytać zapis z nagrania na naszym podcaście o takim samym tytule.
Opowiada p. Waldemar Szendera.
Część III Świątecznych opowieści.
A posłuchać możecie na podcaście

Take potrawy na wigilijnym stole, jako zamożność gospodarzy.
Jak sobie przypominam, jak rodzice się dorabiali, to wigilie były bardzo skromne, nie ma czego się wstydzić, tak się żyło i tak należy do tego podchodzić.
Zawsze jednak na wigilię była zupa grochowa, ale tako bez tłuszczu mięsnego, specjalne przygotowywana na ten czas.
Zwykle była w tych biedniejszych czasach jedna zupa, jak czasy były lepsze, to pojawiały się jeszcze inne, na przykład barszcz z uszkami, które się pojawiły na stole wigilijnym. Pamiętam, że kiedyś nawet pojawiła się zupa dyniowa , też jako potrawa wigilijna, z jakiegoś powodu uświęcona tym dniem. Natomiast jeśli chodzi o dalsze potrawy, to nieodłącznie był karp – karp pieczony i karp wędzony, dwa typy karpia w naszym domu. Do tego ziemniaki saute – czyli takie z wody, całe, nie gniecione. Musiały być całe, bo taki był obyczaj.

Oczywiście jakbyśmy jeszcze wrócili do zup – przypomniało mi się – była jeszcze jedna zupa, mianowicie grzybowa, która była takim elementem Świąt

Następną potrawą, która byłą nieodzowna na wigilii, to była kapusta kiszona z grzybami na ciepło, najważniejsze było to, żeby były odpowiednie grzyby do tej kapusty. Te grzyby to moja Mama chodziła specjalnie zbierać prawdziwki do lasu żeby były na wigilia; jak były prawdziwki zebrane, to znaczy że wigilia się mogła odbyć. W tym roku też już mom prawdziwki pozbierane, tak że wigilia będzie się mogła normalnie odbyć.
Dodanie grzybów do kapusty w odpowiedniej proporcji i odpowiedniego jej doprawienia powoduje, że to jest bardzo wykwintne danie nawet  jeżeli podane w bardzo prosty sposób.

Kolejną potrawą oczywiście były makówki, które w każdym domu musiały być, przy czym makówki w naszym domu nie były takie wodnite – były suche, to znaczy była niewielka ilość mleka. Najpierw trzeba było zajechać pomleć mak do piekarza w Suszcu i kupić odpowiednie pieczywo, czyli strucle, żeby można było odpowiednio dobre makówki przyrządzić. Do tego oczywiście jakieś bakalie, jeżeli były to się dowało, ale były czasy, że były bez bakaliów po prostu, to takie czasy też były za Gierka, późnego Gierka kiedy nie było naprawdę nic i trzeba było radzić sobie bez tych wszystkich smakołyków.

Co ciekawego, każda osoba, która do tego domu przybywała, moja żona, mój szwagier, wnosiła coś od siebie z domu do stołu wigilijnego. I tak moja żona przyniosła fantastyczną moczkę, u nas w domu się nie jadł moczki, natomiast Kasia, przyniosła swoją recepturę na moczkę i ta receptura jest realizowana do dzisiaj.

Z kolei Andrzej szwagier z małopolski wprowadził do naszego obrzędu wigilijnego paluszki makowe. To są takie paluszki z ciasta jak na makaron (dosyć tęgi makaron) ukulane ręcznie i pokrojone na takie dość grube wałki i to się gotuje w wodzie jak na makaron przystało. Do tego robi się zalewę makową na mleku, do tego miód, odrobina wina – fantastyczny smak, dzieci polubiły to danie i w tej chwili nie ma wigilii bez paluszków makowych wujka Andrzeja, nawet jeśli wujka Andrzeja na którejś wigilii nie ma, to paluszki muszą być zrobione.

Sam obrzęd wigilijny polega na tym, żeby skosztować wszystkiego, czyli tak naprawdę to nie tylko potrawy te zasadnicze wigilijne są ważne, ale wszystko to co nam towarzyszy w życiu codziennym, czyli na wigilię je się cebulę, jabłka, czosnek, je się odrobinę chleba czarnego, orzechy i odrobinę owoców egzotycznych, aby symbolicznie zaznaczyć obecność na stole wigilijnym.

Kończy się kolacja wigilijna i kończy się część ta część posiłkowa, łamanie opłatkiem, życzenia na koniec oczywiście, nie na początku tylko na końcu całego obyczaju wigilijnego i jest przejście do pomieszczenia, gdzie przyszło dzieciątko już z pierwszą kolędą, zwykle „Wśród nocnej ciszy” jako rozpoczęcie uroczystego świętowania i ta kolęda pokazuje jakby nastrój, w którym jesteśmy i przechodzimy do jasności, która jest przy choince, przy tym drzewku, które symbolizuje trwałość życia i moc stworzenia które się objawia przy okazji Świąt Bożego Narodzenia, czyli przesilenia zimowego,  trochę wydłużonego, narodzin dla słońca całej cywilizacji, całego życia na ziemi.

Jeśli chodzi o przygotowanie samego stołu wigilijnego, bardzo ważna rzecz, jest obrus wigilijny, na którym jadła moja prababcia i ten obrus zawsze musi służyć wigilii, do niczego innego nie jest używany, pod ten obrus daje się odrobinę sianka. Zastawa charakterystyczna do kolacji, u nas przy okazji wigilii pije się wino. To nie jest moim zdaniem rzecz, która wynika z postu, który w tym dniu jest utrzymywany – bo w dzień wigilii utrzymywany jest u nas post, zwykle je się jeden posiłek, bardzo skromny, niezbyt obfity. Podczas wigilii trzeba mieć ze sobą portfel, dobrze, żeby były w nim jakieś szeleszczące argumenty, nie tylko pusty i co ważne, w pokoju w którym obywa się wigilia powinna być siekierka.
Siekierka ma reprezentować życie na wsi, a w zasadzie pracę z której się żyje i ta siekiera nie tylko tu w domu, ale w domu u górali też jest takim symbolem błogosławieństwa dla dobrobytu tego domu, żeby nigdy nie zabrakło pracy i nie zabrakło efektów tej pracy. Siekierka jest również narzędziem, które pozwala mieć ciepło w domu, To również jest ten element, który był niezbędny by ten dom zbudować, tak że ta symbolika siekiery jest na dzień dzisiejszy trochę rozmyta, natomiast dla naszych przodków było to najważniejsze narzędzie, które towarzyszyło im w życiu, nawet nie pług, tylko siekiera. Ciepło, jasno, dom zbudowany i ewentualnie paca, te wszystkie przymioty manifestowały się w dzień wigilijny i były pokazywane jako niezbędny element towarzyszący obrzędowi tego dnia.

Ważną tradycją od czasów jak my mieszkali z dziadkami było iść do zwierząt i z nimi pobyć chwilkę, dziadek zwykle broł opłatek nawet do konia, żeby z koniem pogodać, żeby z krową pobyć troszkę, żeby nabrać takich elementów bliskości do tego świata zwierzęcego. Pozwalało się być psu i kotu w tym dniu, żeby były razem z ludźmi, żeby czuć jakąś więź uniwersalną świata. Nikt sobie tego w ten sposób nie tłumaczył, natomiast wiemy dzisiaj, że jest to bardzo ważny element z puntu widzenia psychologicznego, współistnienia pomiędzy nami wszystkimi mieszkającymi na tej planecie i używającymi tej samej przestrzeni, w której żyjemy.

Kolejną tradycją było to, że po wigilii się szło do sąsiadów. Momy tu sąsiadów, ci sąsiedzi w zasadzie to jest rodzina, nie wyobrażali i nie wyobrażamy my sobie wieczoru wigilijnego bez odwiedzin, to był jeden z elementów rytuału tego dnia. Szło się do sąsiadów, posiedzieć tak z godzinka, bo czabyło za chwila na pastyrka iść i na tą pastyrkę się szło, co było ważne. Moi dziadkowie, moi sąsiedzi na pastyrkę szli, mimo że mieli konia, mogli jechać konno, na pastyrkę się szło. Był obyczaj taki, że każdy kto przyjechoł wozem, to był trochę traktowany trochę gorzej, no chyba, że mioł na to uzasadnienie, że tą furom jechać musioł z jakiegoś powodu, zawsze można było powiedzieć „A musiołech przijechać bo…” i tu trzeba było odpowiednim argumentem się wykazać żeby pokazać, że ten dojazd do kościoła był uzasadniony jakimś tam pojazdem.
Pamiętam, szło się w śniegu, w jakiejś tam scenerii zimowej. No oczywiście ta sceneria jest zapamiętano jako była, natomiast prawdopodobnie bezśnieżne zimy też były, bo w latach 70-tych bezśnieżne zimy też się zdarzały też wtedy na pastyrkę trzeba było się jakoś przemieścić i tam być. 

Świętami rozpoczynało się jak gdyby cykl odwiedzin domowych, święta to był taki czas w którym trzeba było odwiedzić albo starych rodziców, jeżeli młodzi mieszkali gdzie indziej, albo odwiedzić wujków, albo dziadków. W moim wypadku też tak było, że często my odwiedzali taką starą nestorkę rodu Witoszów, Mariannę z Gogolów Witoszową, to była moja prababcia, dożyła prawie stu lat. I były dwa okresy w roku kiedy się ją odwiedzało, pierwszy to były jej urodziny, drugi to był czas świąt, jeżeli ktoś nie mógł być na Boże Narodzenie  to na Wielkanoc już musioł być, tak że tu nie było zmiłuj się.
Prababcia oczywiście miała dość rozległą rodzinę, kilkoro dzieci, te dzieci już swoje dzieci w związku z czym tych prawnuków było dość dużo, w związku z tym podchodząc do babci, która siedziała na czymś w rodzaju tronu w głównym pokoju domu, w którym mieszkała, podchodząc trzeba było się przedstawić, ale nie tak: jo jest Waldek Szendera, jej to nic nie godało co za Waldek, co za Szendera? Kto to jest? Z jakiej bajki? W związku z tym przedstawianie się miało swój schemat, dorośli nas uczyli jak się trzeba babci przedstawiać, żeby ona wiedziała ktoś ty jest, w związku z tym jo się przedstawioł: jo jest od Antka od Mariki i babcia już wiedziała dokładnie kto żech jest, mogłech jeszcze powiedzieć moje imię, ale to już nie było ważne. „A toś Ty synku jest z Podlesio” – „No tak” . To już było w tedy wiadomo, ten kod rodzinny, był zachowany. W krótkich żołnierskich słowach wystarczyło pewne rzeczy odpowiednio sformułować, wtedy następowało ożywienie do dyskusji, można było poruszyć jakiś tam temat „A co tam u wos pod tym lasym? Zasypało wos w tym roku? A odgrzebali?” – „No odgrzebali” – „No to żeście som u mie puć sie synku ogrzoć” , albo „siednij se umie na klinie”. Tak wyglądał zwykle pierwszy dzień Świąt, żeby dopełnić tego obowiązku rodzinnego, czyli najważniejszych odwiedzin u nestorki rodu.

Święta były spędzane w kręgu najbliższej rodziny, ale tak jak żech wspomnioł, te kontakty z najbliższymi sąsiadami były nie mniej ważne, one jakby podkreślały ważność sąsiada, do sąsiada trzeba było iść, albo sąsiad przyszedł do ciebie, żeby podkreśli jak jesteś ważną dla niego osobom. Nie odwiedzenie sąsiada, albo nie wpuszczenie go powodowało że następowało takie zastanowienie , czy on mnie jeszcze toleruje w tym miejscu kaj żech jest, oczywiście ni mo wyboru, ale coś sie tam dzieje. Pamiętom, że poszli my do jednych sąsiadów i oni zaspali i nie puścili nas. Wiecie, że my przez pare dni się zastanawiali co się stało? Oczywiście poszli my na Nowy Rok, żeby poprawić tę sytuację i na Nowy Rok nas już wpuścili i godali: „Nom sie tak dobrze spało, my sie tak narobili w ta wigilijo, my wos bardzo przepraszomy” Odrobina wody rozweselającej dopełniła całej sprawy i można było spokojnie przejść nad tym do porządku dziennego i zapomnieć o sytuacji, która miała wtedy miejsce.